– Uch, wybacz, ale muszę wracać do domu, bo ten – wskazałam na mojego psa – ten... ziemniak, więcej nie wytrzyma na dworze.
– Mów za siebie.
–Spoko, rozumiem – powiedział Marshall i lekko się uśmiechnął.
– No... ale mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy – powiedziałam i przewróciłam się, bo Smile mnie popchnął.
– Te, cho no do domu, bo jeszcze się zakochasz, czy coś. A wiesz, ja jestem zmęczony i głodny, chyba nie chcesz, żeby twój kochany piesek się męczył, prawda?
– Ech... – westchnęłam. – Do zobaczenia! – krzyknęłam, a Smile pociągnął mnie w stronę domu.
Był to zwykły, trzypiętrowy i przestronny domek jednorodzinny. Przed drzwiami wyciągnęłam coś, co przypominało telefon, a wcale nim nie było. Był to specjalny pilot, dzięki któremu mogłam kontrolować cały dom. Jeden przycisk i brama się otworzyła, a za następnym zapaliły światła. Uwielbiam technologię. Weszłam do środka, a kiedy drzwi się za mną zamknęły, skierowałam się do kuchni. Wyjęłam torbę z psimi chrupkami i wsypałam Smile'owi kilka do miski, żeby mi nie zaczął beczeć i użalać nad swoim losem. Sama wzięłam szybki prysznic i walnęłam się na łóżko.
***
Następnego dnia, od rana chodziłam po mieście. Po przebudzeniu wyglądałam jak siedem nieszczęść. Szopa na głowie, zgarbiona sylwetka, blada cera i wory pod oczami. Minęła dłuższa chwila, zanim się ogarnęłam i doprowadziłam do stanu ,,teraz możesz się pokazać ludziom". Och, jak ja tego nienawidzę. Smile został w domu, leń jeden spał, a jako pies powinien mnie obudzić o szóstej, czy coś. Ale trudno, teraz wyszłam, niech sam sobie radzi. Karmę ma w misce, jak będzie chciał zaczerpnąć świeżego powietrza, to sobie wyjdzie do ogrodu.
Oparłam się o ścianę jakiejś restauracji. Ziewnęłam przeciągle i zawiesiłam wzrok na przechodniach. Po co ja wstawałam tak wcześnie rano? Sama nie wiem. No ale trudno się mówi i coś tam robi dalej. Będę miała więcej dnia dla siebie.
Po chwili przez głowę przeszła mi jedna, aczkolwiek bardzo ważna myśl. Śniadanie... dopiero teraz poczułam, jak słabo i pusto się czuję. Pchnęłam drzwi weszłam do środka naprawdę przestronnej restauracji. No proszę, tak jechało nowoczesnością, że szkoda gadać. Usiadłam przy jednym z wolnych stolików i chwyciłam mały tablet, na którym zaczęłam przeglądać listę dań. Trudny wybór. Po jakimś czasie, który wydawał mi się wiecznością, zamówiłam tosty z dżemem i kawę z bitą śmietaną. Niech stracę, utyję, będę gruba, narobię sobie kompleksów i schowam się w kącie ze słoikiem czekolady. O tak. Ta wersja spędzenia reszty życia bardzo mi się podoba.
Oparłam głowę na dłoni i przypatrywałam się niektórym osobom, które tak samo jak ja się nie wyspały, albo świetnie to ukrywały. Kawa mnie wybudzi, moja jedyna deska ratunku.
– O, widzę, że znów się spotykamy – usłyszałam głos za sobą.
– Ludu, słyszę głosy – starałam się zachować poważny ton głosu. Wiedziałam, że za mną stoi Marshall, powkręcam go trochę.
– Dominica? – spytał rozbawiony.
– Schizofrenia jak nic – pokiwałam zrezygnowana głową i się odwróciłam. – Cześć, nie chcesz się przysiąść? –zapytałam z lekkim uśmiechem.
<Marschall? :3>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz